Utwory:
1. Hour 1 3:26
2. The Game Of Life 4:04
3. We Were Born To Fly 3:59
4. The Future Never Dies 4:03
5. You're Lovin Me To Death 3:15
6. 321 3:53
7. Love Will Keep Us Alive 4:32
8. We Will Rise Again 3:49
9. Your Last Song 3:44
10. Love Is War 4:20
11. The Cross 4:28
12. Humanity 5:26
Czas łączny:
Skład:
Klaus Meine - wokal
Rudolf Schenker - gitara rytmiczna
Matthias Jabs - gitara solowa
Paweł Mąciwoda - gitara basowa
James Kottak - perkusja
Producent: Desmond Child i James Michael
| Średnia ocena | Elwood |
|---|---|
| 5.0 | 5 |
Po bardzo udanym, utrzymanym w starym i sprawdzonym stylu albumie Unbreakable, kolejny krążęk miał stanowić wprowadzenie zespół w nowoczesność, bez oglądania się za siebie. Zapowiedzi były niezwykle obiecujące, tym bardziej że zespół nawiązał współpracę z Desmondem Childem - facetem, który wie jak osiągnąć sukces, który przywrócił sławę Alice Coopera (album Trash) i wykreował Bon Jovi (album Slippery When Wet). Zresztą lista artystów, z którymi współpracował Child jest naprawdę imponująca: Dream Theater, KISS, Roxette, Aerosmith, Meat Loaf ale i Ricky Martin, Cher czy Bonnie Tyler.
Oczekiwania na pewno były ogromne. Niestety, nie zostały one spełnione. Powiem więcej, dla mnie ta płyta jest ogromnym rozczarowaniem.
Początek jest niesamowity. Hour I to drapieżny i nowoczesny utwór w stylu, jakiego jeszcze na płytach Scorpions nie słyszeliśmy. Potężne, wgniatające brzmienie, industrialne gitary, zadziorny śpiew Klausa i fenomenalna solówka - to wszystko robi ogromne wrażenie. Niestety, po tym utworze zespół nie idzie za ciosem, a wręcz przeciwnie, wyraźnie uchodzi z niego powietrze. Kolejne piosenki okazują się wygładzonym, przyjaznym radiu pop-rockiem, przypominającym to, co zespół oferował nam na płycie "Pure Instinct". Większość zbudowana jest na zasadzie mocny riff- popowe zwrotki-melodyjny refren. Niestety, wszystko to wpada jednym uchem, a wypada drugim, utwory wypadają po prostu nijako i nieciekawie, nie mając w sobie nic przyciagąjącego. Brakuje energii, mocy, oryginalności. Weźmy chociażby 321 - ubogiego krewnego Blood Too Hot, w którym zachęcający do dawania czadu refren po prostu nuży i nie ma nawet połowy tej energii, co wspomniany utwór.
Mało tu stylu Scorpions, co zresztą nie dziwi, gdy spojrzymy na twórców kompozycji, wśród których znajdziemy oprócz Desmonda Childa i jego współpracownika Jamesa Michaela, między innymi członków The Rasmus, Johna 5, Erica Bazilliana, Jasona Paige, czy Andreasa Carlssona (twórcy kilku przebojów Backstreet Boys i Britney Spears). Po spojrzeniu na tę listę nie dziwi już klimat, w którym utrzymana jest ta płyta. To w większości kompozytorzy popowi, jeżeli już tworzący w świecie rocka, to w stylu Bon Jovi. Szkoda, że tak mocno odcisnęli oni swoje piętno na tych utworach.
Po raz kolejny rozczarowują ballady - niesamowicie przesłodzonego Love Will Keep Us Alive słucha się wręcz z zażenowaniem, a Your Last Song, a zwłaszcza Love Is War przed totalną nijakością ratują tylko bardzo dobre refreny. Jest jeszcze The Future Never Dies - nasuwający skojarzenia z Maybe I Maybe You - równie pompatyczny, nadęty i równie niestrawny.
Oprócz Hour 1 na wyróżnienie zasługują tylko You're Lovin Me To Death z zawadiackim, niesamowicie przebojowym refrenem oraz wieńczące całość Humanity - przejmująco zaśpiewane, pełne emocji i świetnych melodii. Może jeszcze mroczne The Cross z gościnnym udziałem Billy'ego Corgana.
Na plusy na pewno trzeba zaliczyć także znakomitą, przestrzenną i nowoczesną produkcję oraz doskonałą formę wokalną Klausa Meine, który śpiewa tu naprawdę fantastycznie. Szkoda tylko, że zawodzą same kompozycje.
Scorpions nadal potrafią grać świetnie. Świadczą o tym nie tylko wyróżnione przeze mnie utwory, ale i znakomity, utrzymany w stylu Animal Magnetism i China White bonusowy utwór Cold. Problem w tym, że chyba nie bardzo chcą grać w swoim wypracowanym przez lata stylu, wciąż próbują czegoś nowego. Niestety, "Humanity Hour 1", to kolejny po "Pure Instinct" i "Eye 2 Eye" dowód, że Scorpions źle wychodzą na próbach odejścia od tego, co wychodzi im najlepiej.