Utwory:
1. Alien Nation 5:44
2. No Pain No Gain 3:55
3. Someone To Touch 4:28
4. Under The Same Sun 4:52
5. Unholly Alliance 5:16
6. Woman 5:56
7. Hate To Be Nice 3:33
8. Taxman Woman 4:30
9. Ship Of Fools 4:15
10. Nightmare Avenue 3:54
11. Lonely Nights 4:44
12. Destin 3:17
13. Daddy's Girl 4:17
Czas łączny: 54:37
Skład:
Klaus Meine - wokal
Rudolf Schenker - gitara rytmiczna
Matthias Jabs - gitara solowa
Ralph Rieckermann - gitara basowa
Herman Rarebell - perkusja
Producent: Bruce Fairbairn i Scorpions
| Średnia ocena | Elwood | Satya |
|---|---|---|
| 9.0 | 8 | 10 |
Fani z pewnością niecierpliwie oczekiwali na ten album. Czy zachęceni sukcesem Wind Of Change Scorpions pójdą w stronę ballad i lżejszego brzmienia, czy są w stanie coś jeszcze wykrzesać ze swojego wyeksploatowanego stylu, czy odnajdą się w czasach wszechobecnego grunge'u ? Rezultat przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania, ale do rzeczy.
To chyba najbardziej zaskakująca płyta Scorpions. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz ją usłyszałem, przez długi okres nie mogłem ochłonąć. Zespół w końcu wyszedł z rutyny i schematyzmu - dużo tu niespodzianek, ale przede wszystkim - dużo tu znakomitej muzyki. Do współprodukowania albumu Scorpions zaprosili doskonale znanego w muzycznym świecie Bruce Fairbarna (zmarły w 1999 w wieku 50 lat producent, odpowiedzialny jest za brzmienie takich albumów jak "The Razor's Edge" AC/DC, czy "Slippery When Wet" Bon Jovi, współpracował też m.in. z Yes, Aerosmith, Cranberries czy Kiss), a ponadto korzystając ze sprawdzonego na "Crazy World" pomysłu zaprosili kolejnego, równie renomowanego jak Jim Vallance songwritera - Marka Hudsona. W składzie nastąpiła też zmiana na stanowisku basisty - wyrzuconego w atmosferze skandalu Francisa Buchholza zastąpił szerzej nieznany Ralph Rieckermann (dla odmiany, grający palcami na 6-strunowym basie), który szybko jednak sprawił że o Buchholzu zapomniano. Słychać że facet zna się na rzeczy i potrafi ciekawie i nieszablonowo zagrać, a na dodatek ma dobrą łapę do klangowania (Taxman Nice).
Jakże mocny jest początek tego albumu ! Alien Nation i No Pain No Gain po prostu zwalają z nóg - kapitalne riffy Schenkera, niesamowity czad, ekspresyjny, pełen żaru wokal i... zaskakująco dużo klawiszy (jak dobrze wiecie Scorpions bardzo rzadko korzystali z usług tego instrumentu). Słychać, że zmienili sposób myślenia o kompozycjach - praktycznie na całym albumie przed refrenem zespół pododawał tzw."mostki", ponadto jest tu kilka utworów tworzących całkowicie nową jakość - mam tu na myśli przede wszystkim niesamowite Woman - momentami bluesowy, a nawet jazzowy utwór w jakimś tam stopniu korespondujący z debiutanckim "Lonesome Crow" . To niewątpliwie jedno z największych scorpionsowych dzieł - totalnie zaskakujący klawiszowy wstęp i podkład, wspaniałe wstawki gitary i przede wszystkim wspaniały śpiew Klausa (dawno już tak nie zdzierał gardła, słychać też że musiał lubić Since I've Been Loving You Zeppelinów). Warto przyjrzeć się także Hate To Be Nice z wykrzyczanymi, wręcz rapowanymi partiami Klausa i cudowną solówką Matthiasa.
Niestety - znalazło się tu też kilka wypełniaczy - vide Nightmare Avenue czy Ship Of Fools, ale nawet słabsze kompozycje kryją w sobie wiele ciekawych rozwiązań.
Mimo, że na albumie dominują dynamiczne tempo i cięższe brzmienia nie zabrakło ballad - tym razem mamy aż 4 (trzy z rzędu na sam koniec), jednak wszystkie wypadają świetnie. Under The Same Sun Klaus zaśpiewał trochę zbyt manierycznie, ale zachwycać się można fajnym sitarowym motywem i dynamicznym refrenem, w Lonely Nights gitarowe wstawki w refrenie nieodparcie nasuwają skojarzenia z You Give Me All I Need, pełne francuszczyzny Destin ma naprawdę unikalny klimat, wspomagany przez bogatą aranżację, świetne klawisze (imitacja dęciaków i akordeonów) i przeszkadzajki, natomiast Daddy's Girl wspaniale, przejmująco oddaje smutny temat, który porusza.
Słuchając "Face The Heat" czuć radość tworzenia i niezwykłą świeżość. Wszystko to podane jest w naprawdę znakomitej oprawie - dla mnie jest to najlepiej wyprodukowany album Scorpsów. Co ponadto?
Kiedy czytałem teksty piosenek przecierałem oczy ze zdumienia. Jest to bez wątpienia jeden z najlepszych tekstowo albumów Scorpions. Oczywiście nie zabrakło miłosnego schematu, ale pojawiają się niespotykane w twórczości Scorpions słowa "devil","sonofabitch", "death", zespół porusza trudne tematy (neofaszyzm,molestowanie seksualne dzieci), jest też sporo humoru i radości. Bardzo ciekawe i zróżnicowane teksty.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Matthias Jabs - jego gry słucha się z wielką przyjemnością i zachwytem - śmiem twierdzić że tak dobrze Matthias nie zagrał na żadnym innym poprzednim krążku. Świetne wstawki i niesamowite, porywające solówki: (Alien Nation, No Pain No Gain, i przede wszystkim - Woman i Hate To be Nice - jedne z najlepszych w jego karierze). Słychać, że ten facet ma naprawdę olbrzymi potencjał - szkoda tylko, że tak rzadko go ujawnia.
Cóż, tu jeszcze pisać - jeżeli nie macie jeszcze tego albumu w swojej kolekcji, zasuwajcie do sklepu - naprawdę warto!!
Płyta "Face the heat" powstała w dość specyficznych okolicznościach. Po pierwsze: Z jednej strony trudno było powtórzyć komercyjny sukces "Crazy world", z drugiej odczuwalna była krytyka wobec nieco "zamerykanizowanego" miękkiego stylu zaprezentowanego na "Crazy world". Po drugie: Skonfliktowani Scorpions z powodu przykrej afery z basistą Francisem Buchholzem (musiał opuścić zespół, czego przyczyną były manipulacje podatkowe) musieli stanąć "twarzą w twarz" z poważnym kryzysem w zespole. Problemy udało się jednak pokonać co słychać na płycie.
"Face the heat" była zapowiadana jako powrót do korzeni, następca "Blackout" . I chyba rzeczywiście im się to udało, bo "Face the heat" przez wielu fanów i krytyków rocka uważany jest za najostrzejszy album Scorpions. Osobiście uważam tę teze za mocno przesadzoną. Rzeczywiście na "Face the heat" jest mnóstwo potężnych gitar , kąśliwe solówki Jabsa i Schenkera , mocne brzmienie sekcji rytmicznej i ekspresyjny śpiew Klausa Meine , ale pod względem "metalowej ostrości" przed "Face the heat" stawiłabym "Blackout" czy koncertową "World wide live"...
Nie tylko okoliczności poprzedzające powstanie "Face the heat" były specyficzne ale również sama sesja nagraniowa , która odbyła się w krótkim czasie za pomocą metody "first take". Na studio nagraniowe wybrano "Little Mountain" w Vancouver, a produkcję powierzono znanemu producentowi Brucowi Fairbrainowi , który wczesniej współpracował z m.in. AC/DC i Aerosmith. Nawiasem mówiąc nie było to pierwsze spotkanie Fairbraina i Scorpionsów - w 1989 nagrali razem couver The Who Cant explain.
Płytę otwiera metalowy czad: Alien nation z potężnymi gitarami, "bombardującą" perkusją H.Rarebella i wizą nadchodzącej Apokalipsy roztaczaną przez Klausa Meine. Pełne ekspresji No pain no gain i Someone to touch z chwytliwymi refrenami idą szybko jak burza. Potem małe uspokojenie: piękna ballada Under the same sun jako apel o pokój dla świata. Z kolei Unholly alliance jest ostrzeżeniem przeciwko odradzającej się ideologii neonazizmu w Niemczech. Psychodeliczny Woman ze zwielokrotnionymi głosami i smyczkami to opowieść o człowieku , który żyje w róznych epokach i jest opętany przez jedną i tę samą kobietę. Dalej są Hate to be nice z jazzującą solówką Jabsa, tryskająca humorem Taxman woman, szybki Ship of fools, punkowo- metalowy Nightmare avenue z tajemniczymi hałasami (nawiązanie do Blackout?) i swojska ballada Lonely nights.Wersja CD zawiera dwa dodatkowe utwory, które stylowo nieco nie pasują do całości: w Destin czuć coś z klimatu paryskich uliczek, jest akordeon i na wpół francuskie teksty. Natomiast smutna ballada Daddy's girl porusza temat tabu jakim jest wykorzystywanie dzieci na tle seksualnym.
Dużym plusem "Face the heat" są teksty jak zwykle autorstwa Klausa Meine, które nie tylko mówią o utraconej miłości lecz traktują o problemach społecznych i politycznych dzisiejszego świata.
Na "Face the heat" nie ma złego utworu . Kompozycje choć urozmaicone tworzą spójną całość. Dla mnie "Face the heat" to obok "Crazy world" najlepsza płyta Scorpions nagrana przez nich w latach 90-tych.A jednak do "Blackout" czegos zabrakło.